Blog > Komentarze do wpisu

Kiss me, Kate

Romans, nieposkromiony temperament, wielka namiętność, skandal i gangsterskie porachunki – Broadway kolejny raz zawitał do Poznania! Musical Cole’a Portera, który gościł już w stolicy Wielkopolski w 1975 roku, prezentowany jest w Teatrze Muzycznym w nowej odsłonie. Z zaciekawieniem wybrałam się na „Kiss me, Kate” – w końcu nie codziennie ma się okazję spotkania z tak popularną, można by powiedzieć legendarną już sztuką. Mistrzowska muzyka i zapadające w pamięć teksty piosenek napisane przez Cole’a Portera wzbudzały dawniej wiele emocji i wciąż je wzbudzają. Dzieło jest ponadczasowe – nie tylko dlatego, że nawiązuje do klasyki.

„Kiss me, Kate” to sztuka w sztuce. Motywem przewodnim musicalu jest bowiem praca nad adaptacją  „Poskromienia złośnicy” autorstwa Williama Szekspira.  Były to prace niezwykle burzliwe, w które uwikłane zostało wiele emocji. Poznaliśmy m.in. perypetie związku reżysera i grającego rolę Petruchia, Freda Grahama, oraz jego byłej żony i szekspirowskiej Kate, Lilli Vanessi. Był i drugi romans – Lois Lane (Bianca) i Billa Calhouna (Lucentio), hazardzisty, który zaciągnął dług karciany u gangsterów przez co miał niemało kłopotów.

Niewielka scena Teatru Muzycznego na ponad dwie godziny przeniosła mnie na Broadway. Niesamowita muzyka Cole’a Portera, wspaniale wykonana przez orkiestrę, sprawiała, że chwilami całe ciało przenikały dreszcze. Musical był bardzo dynamiczny i przykuwał całą moją uwagę. Bardzo podobały mi się również kostiumy aktorów, zapraszające do świata Szekspira. Wsłuchiwałam się w kolejne dźwięki jak zaczarowana, bo uwielbiam taką stylistykę.

Z wielkim zaciekawieniem przyglądałam się trudnym relacjom głównych bohaterów. Freda Grahama i Lilli Vanessi, których łączyła długa i bynajmniej nie usłana różami historia, wiele niedopowiedzeń i pretensji. W końcu zrozumieli, co jest dla nich najważniejsze, temperament złośnicy Kate został poskromiony uczuciem i ich historia zakończyła się happy endem. Ale nie on był najciekawszy. Pełne emocji spory, wzajemne inwektywy i pełne nienawiści gesty – cudownie się na to patrzyło. Piosenki Cole’a Portera w wykonaniu aktorów Teatru Muzycznego nie zawsze trafiały w moje gusta, ale i tak muszę przyznać, że z przyjemnością ich słuchałam. Myślę, że nie dali odczuć publiczności, że tamta stylistyka – zarówno szekspirowska, jak i późniejsza, amerykańska – jest im obca. Wręcz przeciwnie, Agnieszka Wawrzyniak ciekawie odegrała rolę złośliwej Katarzyny i Lilli Vanessi, a gościnnie występujący w Teatrze Muzycznym Nicolo Palladini wydawał się wprost stworzony do roli Grahama! I swoboda, z jaką poruszał się na scenie… Magiczna.

Musical w reżyserii Andrzeja Marczewskiego jest o relacjach międzyludzkich. Pozwala chwilami zaśmiać się (lub zapłakać) nad ludzką bezradnością, ostro i ironicznie rozprawiając się z bohaterami. Odpowiada też na pytanie, jak bardzo można oddzielić życie prywatne od zawodowego i w jakim stopniu można zwodzić niczego nieświadomego partnera. I czy można igrać z uczuciami. Oglądając spektakl przypomniała mi się również filmowa, uwspółcześniona wersja szekspirowskiej sztuki – „Zakochana złośnica” – z nieżyjącym już Heathem Ledgerem i znakomitą Julią Stiles. Bo historia napisana niegdyś przez Szekspira jest ciągle aktualna i choć zmienimy środki wyrazu, zawsze niesie nam czytelne przesłanie. Choć nie jest ono aż tak oczywiste i myślę, że każdy może je interpretować na swój własny sposób. I włączyć tę historię w historię własnego życia…

http://teatr-muzyczny.poznan.pl

piątek, 13 kwietnia 2012, szlakteatralny

Polecane wpisy

TrackBack
TrackBack w tym blogu jest moderowany. TrackBack URL do wpisu:
Zateatralniona Jeżycomanka
Ja o sobie? Miłośniczka teatru, dobrego smaku, oryginalnej przestrzeni zakochana w poznańskich Jeżycach. Ułożyłam sobie w głowie mój szlak teatralny. Lubię nim wędrować.
Nie wszystkie multimedia, które umieszczam na blogu, są moją własnością. Dlatego umieszczam pod nimi linki do stron, z których pochodzą